*

Koniec Świata wg Beaty Pawlikowskiej w Atlanticu

Byłem na spotkaniu z Beatą Pawlikowską, która promowała swoją najnowszą książkę: "Teoria Bezwzględności czyli jak uniknąć końca świata". Sala wypełniona prawie po brzegi. Trochę osób stojących lub siedzących na schodach. Kilku irytujących spóźnialskich...
Wygląda na to, że Autorka pisząc w/w książkę rzeczywiście miała coś ważnego do przekazania. Tym razem podróżniczka, która zwiedziła chyba każdy już kontynent, nie dzieli się z nami swoimi przeżyciami podczas podróży. W kontekście zagadkowej daty w kalendarzu Majów, jest to podróż w głąb samego siebie, póki jeszcze możemy i mamy czas. Podróż, która zaskakuje ponieważ nie jest to opowieść o innych narodach, kulturach czy obyczajach jak dotychczas, a raczej o pogłębiającym się strachu przed cywilizacją białego człowieka i wyższością kultur pierwotnych...To bardzo zaskakujące, mogłoby się wydawać.

Dlatego niemal od początku autorka tej intrygującej książki, bardzo zaangażowała się w rozmowę z prowadzącym spotkanie, praktycznie całkowicie przejmując rolę przewodnią - i dobrze. Pytania były właściwie zbędne, bo słowa płynęły z ust same. Było to zaangażowanie szczere i prawdziwe, pokazujące jak emocjonalny stosunek ma pisarka do treści, które zawarła w książce. W końcu to książka na możliwy koniec naszych czasów i trzeba było coś zrobić, by odwrócić niekorzystny bieg wydarzeń. W ten sposób pisarka chciała przekonać na podstawie swoich subiektywnych obserwacji, że ma coś do przekazania innym w coraz trudniejszym czasie. Chcąc dotrzeć do jak najszerszego zrozumienia swoich tez, otworzyła dość szeroko drzwi do samej siebie czyniąc to najprostszym językiem jaki w danej chwili mogła odnaleźć. Z jednej strony spokojna i stonowana, ale gdzieś tam było widać tłumione emocje, co czyniło przekaz tak bardzo autentycznym. Momentami to było jak krzyk w morzu obojętności, bo tam gdzie powinny pojawić się oklaski słysząc rzeczy oczywiste, tych oklasków jednak nie było... Sama naprzeciw tłumu z ambitnym zadaniem postawionym samej sobie. Przekonać ludzi cywilizacji zachodu - wielkich miast, że stoją być może albo nawet na pewno nad przepaścią zagłady. Wciąż szukając nowych słów, by zinterpretować na nowo swoje myśli zawarte w książce, pisarka przekonywała, że aby zmienić swoje życie i ulepszyć te rzeczy, z których nie jesteśmy zadowoleni, potrzebna jest uczciwa wobec siebie praca. Bo tylko w ten cierpliwy, wymagający czasu i poświęcenia sposób możemy zapanować nad niekorzystnymi zmianami, które wpływają na nas destrukcyjne. To również jedyny sposób, by zmienić niekorzystny bieg wydarzeń w skali upływającego nieubłaganie czasu. Jest to jednak szczególnie trudne, ponieważ żyjemy uzależnieni wobec tego wszystkiego co nas otacza. To jak wnikliwa analiza naszego materialistyczno - konsumpcyjnego modelu życia, bez którego nie wyobrażamy sobie już dalszego trwania. To uzależnienie od chwilowej przyjemności daje nam poczucie tylko chwilowego szczęścia, które im krócej żyje tym szybciej chcemy je ponownie przeżyć. Autorka przekonuje, że cywilizacja biegnie niewłaściwym od dawna torem i lęk, który czujemy każdego dnia jest wynikiem odwrócenia się od praw przyrody, z której jako gatunek przecież się wywodzimy. Absolutnie zgadzam się z tą tezą, choć nie byłem ani w dżungli Amazonii, ani nawet nie podróżowałem za wiele. Ktoś kto poznał całkowicie odmienne życie od naszego, czyli cywilizacje indian, obyczaje szamanów czy tajemnice Buszmenów, jest w stanie porównać z naszym życiem i wyciągnąć obiektywne wnioski, ujawniając tą z pozoru tylko prostą prawdę na światło dzienne.
Jak mówi - Spotkałam ludzi na każdym możliwym szczeblu rozwoju cywilizacyjnego - od Indian w szałasach z liści palmowych przez lepianki Masajów aż po kamienne domy w Tybecie, pałace gwiazd z Hollywood i drapacze chmur w największych metropoliach świata. Dążenie do prawdy uniwersalnej było dla Pani Beaty szukaniem własnej teorii bezwzględności. Swojej osobistej teorii na temat człowieczeństwa ludzi XXI w.
Otaczające nas absurdy zdominowały nasze życie do tego stopnia, że nie jesteśmy w stanie już rozpoznać co jest dla nas właściwe. Wybieramy wciąż tą wygodniejszą i łatwiejszą stronę, choć ona w dłuższej perspektywie zabija w nas indywidualizm, czyniąc z nas niewolników korporacji i koncernów. Zabija nas po cichu stres, który jest już wszechogarniający oraz codzienne nałogi. Jak przekonuje Pawlikowska, ten strach jest wszędzie, każdego dnia. Im szybciej dążymy do pozornego szczęścia, tym szybciej je tracimy z oczu. A horyzont coraz mnie widoczny. Oczywiście, jak można było wywnioskować, są to przemyślenia ludzi, których spojrzenie na Świat jest jakby z pewnej perspektywy. I takich ludzi jest zapewne bardzo dużo na naszej planecie. Wielu ludzi jednak nie zdaje sobie sprawy z możliwości zagłady cywilizacji, w której żyją. Chcą żyć chwilą, podczas gdy powinni zwrócić uwagę na dłuższy okres czasu, by zmienić styl życia, a tym samym uchronić siebie i innych. Ważne by zatrzymać się na chwilę i obiektywnie ocenić punkt, w którym znajdujemy się wszyscy.
darmowy hosting obrazków
Mam wrażenie, że wszyscy czekali na to co zostało powiedziane i niewątpliwie dało to do myślenia wielu osobom. Czuć było zaintrygowanie w powietrzu. Pewien rodzaj elektryczności, czy czegoś w tym rodzaju. Ludzie siedzieli w skupieniu, a czas mijał niezwykle szybko. To znak, że pisarce udało się zainteresować większość zgromadzonych, choć kilka osób dało za wygraną i wyszło z sali w połowie spotkania. Niewątpliwie potrzeba czasu by słowa, które zostały dziś w głowach, można było skonfrontować ze swoim życiem, pogłębiając siłę oddziaływania, czytając oczywiście książkę.

Pisarka nawiązuje do końca świata zapisanego jakoby w kalendarzu Majów. Koniec świata wg Majów miał być jak wspomniałem wcześniej, końcem i początkiem czegoś nowego. Według Pawlikowskiej koniec świata to pewien zły styl życia i standard złych przyzwyczajeń, który zagraża nam samym. A więc zagrożenie końca świata możemy sprowadzić na siebie, sami, jeżeli wcześniej się nie opamiętamy. Po to została napisana ta książka i po to było to spotkanie.
Majowie i Toltekowie tworząc swój kalendarz opierali się na innej skali czasu. Nie mierzyli go tak jak my liniowo, tylko w sposób podzielony na epoki. Według wierzeń dawnych ludów Ameryki Południowej, czas dzielił się na to co za nami i to co przed nami. Coś się kończyło, ale zawsze po tym następowało coś zupełnie nowego. Czy z naszego dzisiejszego punktu widzenia te dawne ludy mogli mieć rację? Osobiście wierzę, że tak, ponieważ byli bliżej czegoś od czego my obecnie jesteśmy bardzo daleko. Prawdziwej wiedzy o człowieku i kosmosie. Wszak nasza nauka nawet dzięki najnowocześniejszej technologii, nie jest w stanie ogarnąć całej spuścizny filozofii, które zostawiły po sobie podbite przez białego człowieka ludy Mezoameryki - opowiada Pawlikowska.
Wiele z ich zapisanej wiedzy zostało bezpowrotnie zniszczone przez, co tu dużo mówić barbarzyńskich najeźdźców. A przecież ich genialne obliczenia astronomiczne opierały się tylko na używaniu nieuzbrojonego wzroku, bez żadnych skomplikowanych przyrządów. Budowali niezwykle dokładne budowle, które określały na Ziemi, ruch ciał niebieskich i w ten sposób tworzyły żywy, możliwy do obserwacji kalendarz z tańczącego światła i cienia...To dawne dzieje, dziś z mozołem na nowo odkrywane. Polecam książkę, bo ja sam po tym przekonywującym spotkaniu ją sobie poleciłem :)
darmowy hosting obrazków

zgłoś nadużycie
Komentarze
Marysia Marysia
:) Dodane

bardzo fajna relacja ze spotkania - dzięki!

Dodaj swój komentarz: